Wspomnień czar

2 grudnia 2004 w Klubie Lekarza odbyło się spokanie klubowe AICT, którego bohaterem był prof. Jerzy Woy-Wojciechowski. Towarzyszyli mu m.in. małżonka, Wiesław Gołas i Mieczysław Gajda. Wieczór poprzedziła laudacja Justyny Hofman-Wiśniewskiej.

WSPOMNIEŃ CZAR

Profesor Jerzy Woy – Wojciechowski to człowiek wybitny, człowiek niezwykły, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Specjalista w zakresie ortopedii, chirurgii urazowej, medycyny nuklearnej, autor i współautor ok. 200 prac, głównie z dziedziny izotopowego badania układu kostnego, popularyzotor medycyny, kompozytor ponad 200 piosenek dla Teatrzyku Lekarzy „Eskulap” i magazynu radiowego „60 minut na godzinę” oraz muzyki do 10 filmów, dziennikarz, redaktor, prezes Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, mąż, ojciec, gawędziarz… Trudno byłoby wymienić dziedzinę życia, z którą Pan Profesor nie miałby absolutnie nic wspólnego. No, może ekonomia, bo ta Pana Profesora nie kocha i nie rozpieszcza. Oddany pacjentom lekarz, naukowiec, artysta, dziennikarz i redaktor, społecznik, człowiek, który właściwie jest – albo przynajmniej stara się być – wszędzie tam, gdzie można pomóc innym.

Największą jego miłością i dumą jest żona i córki. „Królową” życia – najbardziej zaborczą – medycyna. Profesor zawsze podkreśla znaczenia rodziny, bo ta daje zakotwiczenie w życiu i określa miejsce na ziemi. Gdyby nie rodzina, nie byłbym tym, kim jestem – mówi Profesor. – Zaraz potem jest praca jako wartość i to, co daje poczucie szczęścia, spełnienia, satysfakcji. Praca także po to, by człowiek miał świadomość, że nie jest egocentrykiem, że nie zgarnia wszystkiego dla siebie, ale robi też coś dla innych. Człowiek jest tyle wart, ile daje z siebie innym.

Zajmując się tak wieloma sprawami, działając w tak wielu kierunkach zawsze, w każdej chwili swego życia przede wszystkim jest lekarzem. Człowiekiem niezwykle oddanym pacjentom, niebywale wrażliwym na drugiego człowieka. Najważniejszy jest dla niego pacjent i, gdy ten czegokolwiek potrzebuje, Profesor natychmiast rzuca wszystkie inne zajęcia. Nawet dając swoja wizytówkę ma na niej wypisane wszystkie telefony, pod którymi można go zastać, bo, a nuż, będzie ktoś potrzebował jego pomocy.

Medycynę w polskiej rzeczywistości trzeba bardzo kochać, by się nią zajmować – mówi nieco rozżalony – ale bez względu na sytuację od chwili złożenia przysięgi Hipokratesa lekarzem jest się zawsze i wszędzie aż do śmierci – podkreśla. Jan Paweł II powiedział, że człowieka, trzeba mierzyć miarą serca. Lekarza też – dodaje Profesor.

W 1970 roku Jerzy Woy – Wojciechowski był piątym lekarzem w Polsce, który zrobił specjalizację z medycyny nuklearnej. Profesor Adam Gruca, u którego był wówczas asystentem na ortopedii widział jego życie zawodowe jakby dalej i lepiej niż on sam. To on właściwie narzucił mu specjalizację. Któregoś dnia profesor spytał, czy lubię fizykę. – Niespecjalnie. Wolę chemię – odpowiedziałem. – No to niech Pan polubi fizykę i zorientuje się, czy izotopami da się badać kości – zakończył dyskusję Profesor. Na badania izotopowe układu kostnego poświęciłem kilka lat życia. Fizykę polubiłem średnio, w medycynie nuklearnej utknąłem na dobre – wspomina Jerzy Woy – Wojciechowski. Niedawno przeprowadzałam z Panem Profesorem wywiad, ogólny, krótki. Nieopatrznie zadałam pytanie dotyczące scyntygrafii kości. Pan Profesor przez bite dwie godziny z ogromną żarliwością opowiadał o fascynującym zjawisku, jakim jest układ kostny człowieka! To najwspanialszy i najpiękniejszy organ ludzki! Coś w tym jest, bo tylko kość potrafi się tak wspaniale sama odbudowywać. Jerzy Woy – Wojciechowski pierwszy w Polsce zaczął robić scyntygrafię kości ( radioizotopowa metoda badania).

Lekarz to dla niego i powołanie, i zawód, i sztuka, i humanizm. Miej serce i patrz w serce te bardzo piękne i mądre słowa wytyczające drogę – przynajmniej moją – przez życie – mówi Profesor. – Od wielu pacjentów dostaje nieustannie listy i telefony z podziękowaniami, także tych sprzed wielu lat. To nie tylko ogromna satysfakcja, ale dowód, że nie zbłądził, że nie zagubił ideałów, nie zdradził ich. Jest takie hinduskie przysłowie: Jeżeli nie możesz zostać królem, zostań lekarzem, bo tylko lekarz, poza swoją wiedzą, doświadczeniem, współczuciem, może dać obcemu człowiekowi serce. Nigdy i nic nie może lekarzowi przysłonić pacjenta. Żadna najwspanialsza i najdoskonalsza aparatura, żaden wydruk komputerowy czy Internet. Lekarz i pacjent muszą mieć kontakt osobisty, bliski, nawet dość intymny. Tego nie można zatracić, bo gwałtownie zacznie spadać liczba skutecznie leczonych ludzi – podkreśla Profesor.

Popularyzowanie zdrowego stylu życia i wiedzy medycznej to duża przyjemność i satysfakcja. To wręcz obowiązek lekarza. Całe życie to lubiłem i całe życie to robię – mówi. Ostatnie 3 lata zaowocowały ponad 500 felietonami, z których część znalazła się w książce „Poczytanki zdrowotne”. Jego felietony obecnie możemy czytywać w „TeleTygodniu”.

Już którąś z kolei kadencję Profesor jest prezesem Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, w którym funkcjonuje wiele specjalistycznych sekcji i klubów. Z inicjatywy Profesora w roku 1990 Polskie Towarzystwo Lekarskie ustanowiło najwyższe odznaczenie nadawane polskim lekarzom za zasługi dla medycyny: medal „Gloria Medicinae” z wizerunkiem Józefa Strusia i dewizą Floreat Res Medica. Medal przyznawany jest corocznie najwybitniejszym lekarzom, tym utytułowanym naukowo i tym z małych ośrodków, szpitali powiatowych, wykonującym mrówczą, codzienną pracę, w której zawsze potrafią dostrzec w pacjencie człowieka.

Profesor był też jednym z pionierów reaktywowania izb lekarskich, choć w samym dziele stworzenia już udziału nie wziął. Przez 15 lat walczył o Dom Seniora Lekarza uważając, że ci ludzie sterani pracą i życiem, często jak i wielu innych na starość samotni, powinni mieć zabezpieczone w miarę godziwe warunki życia. Dom Seniora Lekarza – jako jedyna tego rodzaju placówka w Polsce – funkcjonuje od roku 1992 przy ulicy Wołoskiej 139 w Warszawie.

Nie sposób wymienić tu wszystkich społecznych funkcji i zajęć Profesora, bo jest ona tak obszerna i wielokierunkowa, że można by o tym napisać pokaźny tom.

W jego życiu ogromną rolę zawsze odgrywała muzyka. Jest kompozytorem, pianistą, akompaniatorem, wyrafinowanym słuchaczem. W 1951 roku, w czasach szarych, ponurych i niebezpiecznych, gdy nieboszczyk Stalin żył jeszcze i był wiecznie żywy (słowa reżysera Gajdy) Jerzy Woy – Wojciechowski wraz z grupką podobnych doń zapaleńców stworzył Teatrzyk Piosenki „Eskulap”, który został znakomicie opisany w „Śpiewających konsyliarzach” (Jerzy Woy – Wojciechowski). Przez 30 lat swego istnienia „Eskulap” występował za darmo. A ja mogłem znaleźć sobie znakomite źródło zarobku siedząc przy fortepianie i pisząc piosenki – mówi Profesor – Musiałbym wtedy zrezygnować z medycyny a tego nie chciałem. Jego „Kormorany” śpiewała swego czasu cała Polska, a i dziś dość często można je usłyszeć na radiowej antenie. Teraz Pan Profesor marzy o opanowaniu na komputerze zapisywania linijek nutek z podpisanym pod nimi tekstem, by niektóre piosenki z okresu „Eskulapa” ocalić od zapomnienia, np. „Cza czę na jednym zębie”, „Wirusowe tango”, „Balladę o czopku”, „Grunt żebyśmy zdrowi byli”, „Piosenkę anemiczną”… Dzisiaj, gdy niektóre z jego piosenek są wykonywane publicznie ma po prostu szklane oczy.

Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz