Na nartach z Pilchem w Narodowym

Na początku jest dobrze: Narty Ojca Świętego zaczynają się z klasą. Oto grupa biesiadników podczas niezłego opilstwa wyśpiewuje okolicznościowe piosneczki, ubogacając się duchowo niepomiernie (szczególnie z klasą czyni to Grzegorz Małecki, niby anioł wstępujący żywcem do nieba wraz z pieśnią), kiedy wpada do izby rozśpiewanej zziajany ksiądz Kubala ze sprawdzoną wiadomością jakoby do Granatowych Gór miał przybyć – niczym Gogolowski rewizor – z potajemną pielgrzymką Ojciec Święty, za młodu szusujący po pobliskich stokach, a teraz stęskniony za dawnymi laty.
Aktorzy podczas ukłonów
U nas okolica może i grzeszna, ale kulturalna
Jerzy Pilch, „Narty Ojca Świętego”

Na początku jest dobrze: Narty Ojca Świętego zaczynają się z klasą. Oto grupa biesiadników podczas niezłego opilstwa wyśpiewuje okolicznościowe piosneczki, ubogacając się duchowo niepomiernie (szczególnie z klasą czyni to Grzegorz Małecki, niby anioł wstępujący żywcem do nieba wraz z pieśnią), kiedy wpada do izby rozśpiewanej zziajany ksiądz Kubala ze sprawdzoną wiadomością jakoby do Granatowych Gór miał przybyć – niczym Gogolowski rewizor – z potajemną pielgrzymką Ojciec Święty, za młodu szusujący po pobliskich stokach, a teraz stęskniony za dawnymi laty.
I się zaczyna smuta: co by było, gdyby, jakie to niesie następstwa, jakie korzyści i jakie ograniczenia. Mistrz wędliniarski rozmarzony już widzi kabanosy papieskie, ktoś inny trwoży się o swobodę spożywania napojów w pobliżu sakralnej osoby. Wszystko to napisane z wdziękiem, smakiem, znajomością ludzi. Słowem komedyja pełną gębą i do tego tęgo grana – osobliwie Janusz Gajos jako ksiądz automobilista, polujący na pośledniejszego gatunku pojazdy, które mu solą w oku bywają, to postać krwista i zadzierzysta, na jaką polska komedia czekała od lat.
Ale oto po przerwie jakby ręką odjął. Autor wystraszony (?), że autorytet papieski na żer komediowy wydał, poczyna dramatyzować, ibsenizować, ucieka od śmieszności, choć na szczęście ksiądz Kubala wciąż przypomina o sobie. Co więcej, także składnie wychodzi trudne pojednanie małżonków na skraju katastrofy, Jana Niepomucena Wojewody (Jerzy Radziwiłowicz) i Joanny W Co Się Ubrać (Beata Fudalej). I już wydawałoby się, Pilch wykaraskał się z trudności tematu, odmalowawszy przekrój społeczny i jego poszczególne plasterki, już nasycił siebie i nas rozczarowaniem, że obcowanie z Polakiem papieżem zamieniło się w nawyk, zastygło w formie, utraciło moc wewnętrzną, ale wnioski zawiesił w aurze dwuznaczności i nadziei, aby na koniec wszystko zepsuć. Tak samo albo jeszcze bardziej zepsuć jak w powieści „Miasto utrapienia”, skąd zaczerpnął monolog profesora Chmielowskiego, którym postanowił przygwoździć widzów do fotela najcięższymi zarzuty. I w powieści, i w sztuce miał to być głos wołającego na puszczy, który nawołuje rodaków do ocknięcia niczym Jaśko w „Weselu”. W powieści swój lament, utkany z ryzykownych porównań posługi papieskiej do wyczynów rozgrywającego na boisku piłki nożnej, Chmielowski kończy nostalgicznym stwierdzeniem „Tak, potem już nigdy tak nie było. Potem już nigdy nie było takiego mundialu”. Co starczyło prozaikowi, nie starczyło dramaturgowi. Dodał więc jeszcze przygarść zbożnych pouczeń, aby lud oglądający wiedział, czego mu nie dostaje: „Komu teraz będziemy kibicować? Komu teraz kibicujemy? Sami sobie?”
W taki oto sposób skończyło się na taniutkiej publicystyce i umoralniającej gadce. Zawiódł autora (i oczywiście, reżysera Piotra Cieplaka) słuch i wiara w inteligencję widza. Pilch nie wytrzymał poziomu refleksji z początkowej partii sztuki i na koniec wylądował w miękkim, dobrze znanym sobie fotelu felietonisty. Wielka szkoda. Co więcej współautorem tej katastrofy jest wybitny skąd inąd aktor, Władysław Kowalski, który z bezprzykładną szarżą dosłownie z trzewi dobywa ten sążnisty monolog na całkowicie fałszywym tonie. Ten wrzask nie budzi sumień, co najwyżej budzi zdumienie. Tak jednak bywa, kiedy wszyscy mają za dużo dobrej woli – tak bardzo chcieliby się zasłużyć sprawie. Pociecha taka, że to przecież dramatyczny debiut Pilcha (choć już bywał adaptowany na scenę, ale licho). Takie tam pierwsze koty za płoty i upadek z bardzo wysokiego konia.

Tomasz Miłkowski

Image Jerzy Pilch, „Narty Ojca Świętego”, reżyseria Piotr Cieplak, scenografia Andrzej Witkowski, muzyka Kormorany, prapremiera w Teatrze Narodowym, scena na Wierzbowej

Dodaj komentarz