Al-Hamlet

Fotel gościnny Walentyny Trzcińskiej: o spektaklu arabskim w Warszawie Perskim okiem
Co Hamlet czyni na piaskach pustyni?

Po dość nikłej euforii z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej i lecie sennym, spędzanym głównie na podwarszawskich letniskach, tzw. kulturalna Warszawa wparowała w tegoroczną jesień, jak pocisk ze spóźnionym zapłonem. Ilość festiwali, przeglądów, promocji książek i premier teatralnych w zasadzie jest nie do ustalenia. Prasa i pozostałe media, najwyraźniej czują się bezpieczniej w kuluarach Sejmu i jego „Speckomisji”, bo wydarzenia najpoważniejsze – Warszawski Festiwal Filmowy i Festiwal Festiwali Teatralnych „Spotkania” – zostały ledwo zaanonsowane. Niemniej, jak jeszcze raz ktoś mi powie, że na kulturę i sztukę nie ma w naszym kraju pieniędzy – wyśmieję, opluję, pogryzę albo co gorszego uczynię. Opera z Chin. Balet z Rosji. W Wielkim – Puccini, w Narodowym – Szekspir, w Małym – Tele Maski, na Placu Grzybowskim – Singer, na Ursynowie – Karaimi, a po Krakowskim Przedmieściu przechadza się niespodzianie ożyły Nikifor… Na dodatek – z każdego rogu łypie złym okiem Mistrz Gombrowicz, bo… – chciał tego czy nie chciał – „wielkim pisarzem jest”.
Czy można się dziwić, że w tym szaleństwie nikt prawie nie zauważył przybycia do nadwiślańskiej stolicy „Al-Halmeta”? Przyjechał tym razem nie z Danii, do czego przez wieki nas przyzwyczajono, a – z Kuwejtu. I choć, jak każdy Hamlet, na końcu musiał umrzeć, to jednak wszystko, co wcześniej zrobił, wykwitło wprost z piasków pustyni. Cóż Hamlet czyni na pustyni? Ano myśli. Oczywiście, nie nad: „być albo nie być”, ale – walczyć, czy nie walczyć? Ofelia, jak przystało Ofelii w kraju arabskim, nie idzie do klasztoru, tylko na front i się nie topi, ale jak klasyczna i niebezpieczna „czarna wdowa”, wysadza się w powietrze na schodach królewskiego pałacu. Pijanej Królowej Gertrudzie jest już wszystko jedno, a Król Klaudiusz liczy głównie petrodolary, więc ani się obejrzy, jak zamiast Al-Hamleta będzie miał pod królewskim bokiem… nowego Bin Ladena.
Mniejsza o to, czy podjudzają ich do tego ambasadorowie angielscy, czy amerykańscy – i tak przecież w końcu nadchodzi Fortymbras, który niekoniecznie nadciąga z Polski, ale na pewno jest najzwyklejszym krwiożerczym globalistą, któremu miła przede wszystkim arabska ropa. I – podporządkowany – ograbiony, wyniszczony walkami pustynny kraj.
Wszystko to brzmi nawet dość obrazoburczo i prześmiewczo, ale – śmieszne nie jest. Bo zdaje się nie pora już zastanawiać się teoretycznie, czy wolno przykrawać Mistrza Szekspira do tego, co dzieje się tam i teraz. I to już nie dobrze nam znane, romantyczne polskie Hamlety, buszujące najwyżej po łódzkich Bałutach czy warszawskim Targówku, ale – wykształcony w Europie, z amerykańskimi marines za pan brat, Al-Hamlet. Który jeszcze we fragmentach Szekspira czyta, ale dobrze wie, jaką bronią należy dziś się posłużyć i po którą truciznę skutecznie sięgnąć. Wychodziłam ze spektaklu „Al-Halmet” w warszawskim Teatrze Nowym przerażona. A jeżeli Al-Hamlet już inny być nie może? Nie chce? Nie potrafi?
Publiczność warszawskiego Festiwalu Festiwali Teatralnych „Spotkania” „Wschód – Zachód – Inspiracje” przybyła na tego „Hamleta” z Kuwejtu niezbyt licznie. Reagowała – niezbyt żywiołowo, choć co i rusz aktorzy przechodzili na angielski, a w Warszawie prawie wszyscy twierdzą, że ten język dobrze znają. Publiczność warszawska z przedstawienia wychodziła skonsternowana i skonfundowana. No bo jakże ona, Wielce Szancowna Publiczność Jarockiego, Grzegorzewskiego i Lupy, rozsmakowana w Gombrowiczu i Mrożku, reagować ma na publicystyczno-terrorystyczne klimaty? Na te arabskie, odległe, znane głównie z telewziora, klimaty? To takie nieestetyczne, gdy na scenie wewnętrze rozterki, na których wychowaliśmy się od dziecka, przeradzają się w śmiertelne wybory!
Na widowni na wszelki więc wypadek – snobistyczna, leniwa nuda. Nawet, gdy ze sceny padło, że zbuntowanego Al-Hamleta, gdzieś za karę trzeba by wysłać, ale nie do Paryża – za wiele kobiet, nie do Waszyngtonu – służby imigracyjne nie wpuszczą, lecz – do Polski właśnie! Bo tu, nie gdzie indziej, znajdzie – jak się okazuje – „najlepszy na świecie azyl w cyrku szalonych liberałów” (cytat: za tłumaczeniem w postaci napisów świetlnych nad sceną).
I pomyśleć: niby siedzą na tej pustyni, wiatr im piasek w oczy sypie, wielbłądy plują, za każdym pagórkiem piasku – bojownicy lub imperialiści, a jak na zsyłkę – to nad Wisłę! Za karę – do Warszawy…

Pierwoduk: Miesięcznik.Pismo społeczno-kulturalne, nr 11 (50), listopad 2004

Dodaj komentarz