WROSTJA

23 listopada zakończyły się 38. Wrocławskie Spotkania Jednego Aktora. Organizatorem festiwalu było Wrocławskie Towarzystwo Przyjaciół Teatru, a dyrektorem od lat inicjator konkursu monodramów (jeszcze w Piwnicy Świdnickiej) – Wiesław Geras, prezes WTPT i wieloletni czlonek Klubu Krytyki Teatralnej. Sprawozdanie z tegorocznej edycji Spotkań na stronie „Loża” pt. „Teatry jednoosobowe we Wrocławiu. Skąd się biorą dziurki w serze

O poprzedniej edycji WROSTJA pisał Tomasz Miłkowski:

Teatralny zlot kontrabasistów we Wrocławiu

Pełni rezygnacji… buntownicy
Na znakomity pomysł wpadł Wiesław Geras, niestrudzony organizator ogólnopolskich i międzynarodowych festiwali teatrów jednego aktora. Na tegoroczne, 37 już spotkania zaprosił… kontrabasistów, czyli tworców przedstawień opartych na Kontrabasiście Patricka Süskinda. Zlot kontrabasistów otworzył, oczywiście, Jerzy Stuhr, który od 18 lat przedstawia swój monodram oparty na tekście Süskinda.To, oczywiście, już nie ten sam Kontrabasista, co przed laty. Niegdysiejszy buntownik ze spektaklu Stuhraprzemienił się w gorzko doświadczonego, starzejącego się mężczyznę, który po raz ostatni podejmuje walkę o swoją godność. Beznadziejnie zakochany w sopranistce Sarze, a jednocześnie boleśnie naznaczony bylejakością, drugorzędnością swego życia, schwytany w klaustrofobiczną pułapkę swej samotni, pełnej osaczających go dźwięków, raz jeszcze próbuje odmienić swój los. Jego obrona przed ostateczną porażką staje się ironią, autoironią, kpiną, prowadzącą do psychicznego masochizmu. Z niekłamanym wstrętem opowiada o swym znienawidzonym intrumencie, który uczynił go niewolnikiem, posłusznym trybikiem w społecznej machinie-orkiestrze.
Jerzy Stuhr maluje postać kontrabasisty z mistrzowską lekkością, pewną ręką, znakomicie prowadząc za sobą publiczność. To właśnie idealne porozumienie z widzem, w którym aktor odnajduje nie tyle słuchacza, ile partnera rozmowy (Stuhr „zaczepia się” o najlższejszy choćby oddźwięk ze strony widza, aby za nim podążyć, podkreślić sytuację dialogu), buduje ten spektakl o zmiennej linii emocjonalnej, w którym komizm ociera się o tragizm, a kaskady humoru zamierają w lirycznej i nostalgicznej tęsknocie za czasem na zawsze utraconym. Śmiejemy się, ale jest to śmiech podszyty lękiem o nasze własne życie, zwłaszcza że kontrabasista nas zaczepia, pyta o nasze klęski, o naszą przeciętność.

Publiczność wrocławska przyjęła teatr Jerzego Stuhra owacyjnie -przede wszystkim głosowała nogami, duża sala Wrocławskiego Teatru Lalek pękała w szwach. Tym bardziej że aktor – wznowiwszy spektakl na nalegania wielu wielbicieli jego talentu – gra od kilku lat wyłącznie na scenie krakowskiej szkoły teatralnej i jego występ gościnny we Wrocławiu był odstępstwem od tej reguły.

Wydawać by się mogło, że po tak dojrzałej artystycznie i myślowopropozycji pozostali kontrabasiści znajdą się „na spalonym”, trudno przecież dorównać tak pefekcyjnemu mistrzowi. Na szczęście festiwale wrocławskie nie mają charakteru zawodów sportowych, nie ma tu oficjalnych nagród i jury. Wprawdzie działało nieoficjalne jury publiczności (głównie młodej), które najwyżej uhonorowało przedstawiciela Mołdowy, Igora Karasa, ale także „demokratycznie” nagrodziło pamiątkowymi statuetkami kontrabasów wszystkich uczestników „zlotu”.

Dlaczego młodzi głosowali za Karasem, nie trudno zgadnąć. To byłspektakl na przeciwległym brzegu od przedstawienia Stuhra – do bólu zmysłowy, mięsisty, biologiczny bez mała, w którym aktor ogrywał nieforemną bryłę swojego ciała, ukazując się przed widzem „bez skóry”. Karas portretował człowieka powalonego przez los, który mimo psychicznego i fizycznego cierpienia (ten efekt dodatkowo wzmaniał wypadek, jaki zdarzył się aktorowi – występował na scenie na przepustce ze szpitala, po operacji kręgosłupa), walczy o prawo do szczęścia i lepszego losu. Wbrew tekstowi kontrabasita Karasa jest wielbicielem jazzu, mistrzowsko wykonuje partie na pianinie i saksofonie i te jego wirtuozerskie pokazy sugerują inną drogę, którą może pójść. Ten multiinstrumentalista nie jest beztalenciem, który do końca życia musi rzępolić na kontrabasie.

Te inne perspektywy zdaje się sugerować symbolika koła, zajmującegogłówne miejsce w dekoracji, pełniącego wiele funkcji (studnia, źródło, los, scena) – to jednak zapożyczenie ze staruszka-teatru otwartego. Karas to ciekawy aktor, ale jego spektakl nie jest bezbłędny, niektóre gesty wydają się ryzykowne, a sytuacje do pewnego stopnia odstręczające (początkowe sceny ocierają się o naturalizm). Równoważą to metaforyczne gesty o wielkiej ekspresji (zmiażdżenie jabłka potężnym ciosem pięści) i liryzmie.

Przedstawieniem warsztatowo bezbłędnym był Kontrabasista Georga Kasera z Niemiec. To także zupełnie inny teatralny tekst, zbudowany ze zdyscyplinowanych znaków, składających się na postać uporządkowanego starszego pana, który z dystatnsem i niesmakiem, czasem z histerią, dokonuje bilansu swego życia, rachunków strat i zysków. Z każdego gestu, każdego grymasu ust wyziera przyrodzona skłonność do porządku, swoista niemieckość, którą jednak na koniec Kaser podważy: kiedy przebiera się we frak przed występem w operze, pozostawia swoje codzienne ubranie w nieładzie. Coś jednak w nim pęka, zachodzi zmiana.

Przeciwieństwem niemieckiego kontrabasisty był grecki – Kostasa Gakidisa, rozhukany, rozbałaganiony, nieuważny, niedokładny w działaniach,ogarnięty histeryczną neurozą, wypluwający tekst z niezwykłą szybkością i w nieustannym podnieceniu. Udzieliło się ono chyba także artyście, który podczas dyskusji po spektaklu niemal doprowadził do kłótni, wykrzykujac swoje puytania, na które nie ma odpowiedzi: a może wcale nie było w tym monodramie kontrabasu, a może wcale nie było Sary, może to tylko ideały. Swój spektakl ukazał niczym panikę zdradzonego idealisty. Z tymi intencjami nie współgrała werystyczna konwencja przekazu, ale nie sposób odmówić aktorowi wielkiej siły emocji.

Taką siłą i znakomitym warsztatem wykazał się aktor izraelski Michael Teplitsky, który swoją neurotyczną opowieść poddał rygorowi eksperysyjnejgroteski. Sam nawet zewnętrznie upodobnił się do kontrabasu (za pomocą wypychanego brzucha i bioder), przybierał „pozy” kontrabasu, kroczył jak kontrabas – najwyraźniej poddany swemu panu- instrumenmtowi. Była to opowieść o człowieku zniewolonym, zaszczutym, który gwałtownie poszukuje wyjścia z pułapki losu.

Nadziei wyzbył się czeski kontrabasista w wykonaniu Rostislva Marka. To był kontrabasista najbliższy dosłownej wersji Süskinda; wszsytsko: wiek postaci, miejsce akcji, zachowanie, jak na 35-latka przystało. I już mogłoby się wydawać, że po prostu Marek zagrał po bożemu, tak jak autor napisał, ale na koniec widzów zaskoczył, przemieniając swoją opowieść w Golgotę. Kiedy już wszystko zostało powiedziane, Marek opuszcza scenę dźwigając kontrabas niczym krzyż – to najwyraźniej ugoda z losem i gotowość do drogi przez cierpienie.

Zaskoczył również polski aktor Robert Chodur (notabene uczeń Jerzego Stuhra), który przedstawienie rozpoczął od awantury: publiczność stłoczoną przed wejściem na salę w Ośrodku Jerzego Grotowskiego strofował, krzyczał na domniemanego widza, który wszedł do damskiej toalety, potem wielokrotnie upominał niesfornych widzów, że nie słuchają w skupieniu muzyki itd., itp. Te kabaretowe sposoby mogły aktora sprowadzić na manowce, zdarzały się zresztą tu drobne potknięcia, kiedy niewidzialna granica między tym co gustowne, a przeszarżowane została naruszona, ale trzeba przyznać, że aktor z tą bardzo wymagającą konwencją radził sobie dobrze. Podobnie jak z kontrabasem, na którym grał naprawdę. Po jego zwierzeniach publicznośc była pewna, że kontrabasista zerwie spektakl (taki nerwus jest zdolny do wszystkiego), żeby zwrócić na siebie uwagę. A jutro przeczytamy o tym w gazetach.

Tak więc 7 spektakli i 7 rozmaitych spełnień. Niezależnie od rangiartystycznej i stopnia doskonałości wykonania konfrotacje we Wrocławiu potwierdziły, jak nieustająco twórczą sztuką jest teatr, jak bogata jest europejska mapa tetaralna, na której krzyżują się, walczą, ścierają, ale i łączą rozmaite style, konwencje, regionalne i narodowe odcienie. Tu, we Wrocławiu, jak w soczewce skupiła się energia europejskiego teatru, silnego różnorodnością i silnego jednością w poszukiwaniu prawdy nie tylko teatralnej. Teatr tutaj był wielokrotną przemianą, dokonywaną w imię wyboru lepszej drogi, która pozwoli człowiekowi zachować twarz.

TOMASZ MIŁKOWSKI, Trybuna

Dodaj komentarz