Rozmowa z Wojciechem Malajkatem

Justyna Hofman-Wiśniewska rozmawia z artystą o jego rolach. NIE ODWAŻYŁBYM SIĘ ZAGRAĆ MONODRAMU…

Rozmowa z Wojciechem Malajkatem.

Czy są jakieś role teatralne, z którymi bałby się Pan zmierzyć?
Jest taki gatunek, z którym się jeszcze nie zmierzyłem, którego jeszcze nie wykonywałem, więc jest to dla mnie pewne wyzwanie: monodram. Potrafię sobie wyobrazić, jak to może być trudne. Wytworzyć takie napięcie, nie podpierając się jakąś skomplikowaną scenografią i grą kolegów aktorów, żeby widzowie z zapartym tchem mnie słuchali. To bardzo trudne. Może kiedyś…
Chyba w życiu aktora przychodzi takim moment, że chce on być sam na sam z publicznością…
Myślę, że tak. Wszystko ma swój czas. Na razie bym się nie odważył.
A z ról dramatycznych jest taka, która Pana korci, ale czuje Pan, że jeszcze na jej zagranie nie nadszedł czas?
Właściwie wszystkich gatunków spróbowałem – od farsy poprzez komedię, dramat, repertuar wielkich romantyków do sztuk współczesnych. Byłem Konradem – Gustawem, Hamletem… Nie mogę powiedzieć, że to umiem, ale już wiem, co to jest. Może za ileś lat zagrałbym to lepiej, dojrzalej – ale przecież z drugiej strony ci bohaterowie byli bardzo młodzi.
Jaki repertuar interesuje Pana najbardziej?
Uważam się, może nieskromnie, za aktora wszechstronnego. Bardzo lubię grać w Śmierci komiwojażera, która jest tragedią z takim uniwersalnym, ponadczasowym konfliktem między ojcem a synem, nie ma tam nic do śmiechu, chyba, że będzie to śmiech gorzki, śmiech przez łzy. Napięcia i emocje, które w czasie tego przedstawienia powstają między nami a publicznością są zachwycające. Jest to dla mnie kapitalny teatr. Dobrze się czuję w komedii. Wolę, gdy ludzie się śmieją niż, gdy płaczą, sam też nie jestem ponurakiem.
Co w budowanej postaci scenicznej jest dla Pana najistotniejsze?
Podstawowym ruchem jest sprawdzenie, czy wszystko, co zamierzam jest wiarygodne i prawdopodobne, czy ludzie uwierzą we wszystkie skonstruowane przeze mnie napięcia, czy też będą podejrzliwie się zastanawiać, czy tak może się rzeczywiście w życiu zdarzyć. Uprawdopodobnienie i uwiarygodnienie tego, co jest w postaci zapisane to podstawowy etap mojej pracy nad rolą. Wiem, że gdy ludzie oglądający spektakl uwierzą w tę moja postać to będą się dobrze z nami bawili, czy płakali, przeżywali wspólne emocje. Potem, to już cała seria posunięć, które trzeba wykonać, więc dbać o to, żeby to było niebanalne, nieoczywiste, czyli zawsze być o krok przed publicznością, aby widzowie z zapartym tchem czekali na rozwój wypadków, a nie je przewidywali, bo to jest klęska.
Aby oglądała przedstawienie tak, jak się czyta dobry kryminał?
Tak, tropiła zbrodnię, wydarzenia, ale do końca nie umiała samodzielnie rozwiązać zagadki.
Woli Pan bohaterów o cechach złych, czy szuka Pan zawsze w granej postaci dobra?
Nie, nie, nie. Nigdy nie jestem adwokatem. Nie chcę bronić postaci, usprawiedliwiać tego, co robi za wszelką cenę szukając okoliczności łagodzących. Już prędzej jestem prokuratorem. Szukam cech, które sprawiają mojemu bohaterowi jakiś kłopot, jakąś trudność i dzięki temu w sensie ludzkim są bardziej wiarygodne. Publiczność prędzej da się „nabrać” w tym cudownym teatralnym znaczeniu tego słowa na umowę, że człowiek jest z krwi i kości i ma przywarty, z którymi się męczy i z nimi walczy niż na „dobroć anioła”.
Szuka Pan w postaci jakiejś mocnej kreski, rysu charakteru…
Oczywiście, dostrzegam jakiś wyraźny akcent ją określający i wokół tego buduję całość.
Wydaje mi się, że nawet z łagodnej Klary zrobiłby Pan drapieżną Klarę…
Prawdopodobnie starałbym się, żeby tak było. Miałaby w sobie słodką kobietkę, ale i coś z babiszona.
Dziękuję za rozmowę.
rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz