Nina Andrycz. Gwiazda, dama i zmiennicy

Felieton teatralny
Nina Andrycz, legenda sceny narodowej, w dziejach której zapisała się pamiętną serią monarchiń, księżniczek i dam.

Witold Filler

Gwiazda, dama i zmiennicy

Całe swoje artystyczne życie, które rozpoczęła po ukończeniu w 1934 roku warszawskiego PIST-u związała z jednym tylko teatrem. Ze stołecznym Teatrem Polskim, dokąd angażował ją jeszcze Arnold Szyfman, w którym przeżyła dyrekcje Leona Schillera, Jerzego Kreczmara, Augusta Kowalczyka, Kazimierza Dejmka, Andrzeja Łapickiego oraz paru innych. Wielu dyrektorów, ale jeden teatr i jedna artystka. Ten jeden teatr jej wystarczył. On pracował na nią, ona pracowała na niego, obu stronom się to kalkulowało. Dziś teatr nieco podupadł, lecz Andrycz po dawnemu wielka. Widać jej ten jeden teatr dla wywindowania kariery wystarczył? Wszak tylko dzięki scenie przy ulicy Karasia stała się tym, kim jest.
To dla każdego oczywiste, że dziś teatr aktorowi daje tyle niemal co i nic, choć szczęściem bywają nadal aktorzy, którzy akcentują, iż właśnie praca teatralna pozostaje wciąż dla nich tym, co wzbogaca ich warsztat, chroni przed sztampą, dostarcza też wiele osobistej satysfakcji, jaką nauczyli się czerpać z bezpośredniego zderzenia z żywym odbiorcą, oddalonym od nich na odległość spojrzenia. Tyle, że aktorów, którzy tak mówią, jest niewielu. Wywodzą się przy tym z tych organizmów teatralnych, które potrafiły obronić swój status scen żywych. W Warszawie jest takich może trójka, ze dwóch w Krakowie. Znamienne, iż w tzw. głębokim terenie proporcje się odwracają. No, ale tam brak telewizyjnych studiów, na castingi też nikt nie zaprasza, więc aktor skazany jest na teatr. Chyba ku obopólnej satysfakcji.
W metropoliach satysfakcję już od lat daje aktorowi jedynie udział w filmie czy spektaklu TV. Najlepiej, gdy gra w tasiemcowym serialiszczu. Może być też i reklamowy spot. Tu sława łączy się z pieniędzmi. Jakie to pieniądze, oczywiście, nie wiemy, choć kolorowe tygodniki upubliczniają, co pewien czas wykazy takich reklamowych wypłat: ile set tysięcy za Knorra, ile za pastę do zębów, ile za lek przeciwbólowy? Jest faktem, że poza pieniędzmi daje toto i swoisty rodzaj popularności. Udział w tele – noweli daje więcej, bo i miłość mas. Miłość, która już od wieków słynie z tego, że jest ślepa. Więc fani i fanki zakochują się w tych, którzy pracowicie bawią ich w seryjnych sitomach, wzruszają w Klanach czy Złotopolskich. Jest oczywiste, że w tych produkcjach uczestniczą także aktorzy. Czasem aktorzy prawdziwie wybitni. Uczestniczą obok ludzi, których fach jeszcze nie został po prawdzie nazwany, gdyż o aktorstwie w tradycyjnym pojęciu tego słowa trudno i mówić, kiedy w grę wchodzi po prostu kalkowanie samego siebie. Tu ważna dygresja: nie lekceważę tej pracy. Stawia ona przed ludźmi ją uprawiającymi szczególny rodzaj zadań, pomysłowo i ofiarnie przez nich realizowany. Z aktorstwem sensu stricte nie ma to jednak nic wspólnego, choć przez uprzejmość można i te panienki i tych chłoptasiów tak nazywać. Niektórzy są przy tym naprawdę sympatyczni…
Jak zaznaczyłem, partycypują atoli w tych przedsięwzięciach także aktorzy z prawdziwego zdarzenia. Czasami ich to bawi, czasami nawet pasjonuje. Czasami właśnie w serialu uda im się stworzyć rzeczy wspaniałe, wpisywane potem w artystyczny życiorys, jak w tasiemcu pt. W labiryncie przytrafiło się Wiesławowi Drzewiczowi.. Jak teraz w Klanie demonstruje Zygmunt Kęstowicz. Podejrzewam, że szczególnie aktorzy ze starszej generacji uznają swój udział w tego rodzaju produkcji za dowód, że się jeszcze całkiem nie zestarzeli, że potrafią przykuć uwagę masowego widza. Że nie są gorsi od pana Piaska czy pani Muchy.
Z tego i taki wniosek, że aktorzy na tych wszystkich nowych formach działania nie tracą. Podejrzewam jednak, że traci teatr. Dowodem wyraźne obniżenie się lotów w młodszym pokoleniu aktorów dramatycznych. Zmuszeni przez bezwzględne prawa rynku do zabiegania o udział w medialnych grach i zabawach nabierają w nich nieusuwalnych nawyków, które tam stanowiąc konieczność, wpływają potem na styl gry, gdy dialożki pana Purzyckiego czy pani Łepkowskiej zastępują wiersz Fredry lub przesyconą emocjami prozę Dostojewskiego. Reguły, które tym młodym ludziom narzuciła szkoła teatralna, ulegają zapomnieniu, podobnie jak daty wojen punickich, które musieliśmy kiedyś wkuć na blachę, lecz pamięć dawno już je nam z kory mózgowej wyprowadziła. Dzisiejsi absolwenci szkół teatralnych stawiają Purzyckiego nad Fredrę, bo dobrze wiedzą, że z Fredry nie wyżyją. Trudno im się dziwić. Life is brutal, jak powiedział kiedyś Lew Rywin. Też zresztą kolega aktor z Ekstradycji. Tyle, że on jednak nie z aktorzenia w serialach żyje i nie jako aktor sławę zdobył…
Całe atoli szczęście, że nie jestem ja samotną Kassandrą, która bez echa przepowiada upadek tego, co przez dziesięciolecia stanowiło istotny wyróżnik polskiego modelu kultury – teatru. Można odnotować fakty, które cieszą. Cieszy na przykład wyraźny zwrot w stylu gospodarzenia własnym talentem przez Bogusława Lindę. Artysta, który na lata ugrzązł w monotonnej scenerii filmów akcji, zachwycił krytyków ujęciem roli Księdza Robaka w Panu Tadeuszu.. Czołowi bohaterowie polskiego kina – Krystyna Janda, Daniel Olbrychski, Janusz Gajos, Jan Englert, Marek Kondrat demonstracyjnie zapominają, że to właśnie scena pozostaje miejscem, któremu są wierni. Janda na scenę wprowadza własną córkę – Marię Seweryn. A młoda Renata Dancewicz jakby w uroczej ekspiacji za te wszystkie rozbierane, filmowe sekwencje, wyjeżdża konsekwentnie do małego teatrzyku w Wałbrzychu, iżby tam grać normalne role w normalnym repertuarze. Trochę tylko szkoda, że Cezaremu Pazurze i Olafowi Lubaszence brak już czasu – a może i ducha? – by uciekać w Polskę ze spektaklem mrożkowych Emigrantów, co robili jeszcze przed kilku laty. Ale może znów coś sobie wymyślą i znów pojadą..?
A jedną z najciekawszych indywidualności młodego aktorskiego pokolenia jest Leszczewska, chociaż nie gra w Złotopolskich, ale w teatrze krakowskim. Więc może jednak za pięćdziesiąt lat dorobimy się nowej Niny Andrycz? Aż szkoda, że chyba tego osobiście nie doczekam…

Dodaj komentarz