Opera (nie całkiem) muerta

W roku Gombrowicza warszawski Teatr Studio ponownie wchodzi do tej samej rzeki – po antyjubileuszowym wirtuozerskim spektaklu Ireny Jun (Biesiada u hrabiny Kotłubaj) teraz daje Operę muerta, widowisko jubileuszowe, ale całkiem nie w klimacie ku czci.Andrzej Masztalerz jako Gombrowicz
Bardzo to właśnie Gombrowiczowskie, przekorne i odległe od tromtadracji, którą autor Ślubu tak przecież gardził. Łukasz Czuj (scenariusz i reżyseria) przyrządził inteligentny scenariusz oparty na tekstach Gombrowicza i własnych apokryfach, który składa się na swoisty Gombrowicza portret podwójny – z jednej strony to wizerunek pisarza rzuconego losami na emigrację, samotnego, szamocącego się ze swoją samotnością i obcością; z drugiej strony Gombrowicza życie po życiu, czyli opowieść o rozmaitego chowu próbach realnych czy tylko pomyślanych zawłaszczenia Gombrowicza przez Kościół, marksistów, partyzantów-patriotów, rodzinę, szlachtę i kogo tam by jeszcze wymienić. Pisarz umyka pogoni próbując być sobą mimo tych prób i czającego się w podtekście dymu kadzidlanego jubileuszu ze Skałką w tle. Bardzo to sprytnie obmyślane, zwarte, dowcipne i przenikliwie Gombrowiczowskie, przy czym grane z przyjemnością – widać aktorzy bawią się tekstem, robią to z pasją i dlatego spektakl budzi żywy odbiór. Szczególnie Yorick chce pogratulować Andrzejowi Mastalerzowi, który stworzył przekonującą postać Witolda i Włodzimierzowi Pressowi, aktorowi niedocenianemu, który po raz kolejny potwierdza swój niepospolity talent charakterystyczny (świetny w epizodzie śledczego i biskupa). Zresztą i pozostali wykonawcy wypadli wzorowo. Czy Gombrowicz byłby z tego prezentu rad, nie wiem. Ale taka obrona na pewno mu się należała.
Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz