Zdjąć kapelusz, Ćwikła idzie!

Była i jest uśmiechem, radością i szczęściem sceny polskiej – napisał kiedyś o Ćwiklińskiej wytrawny znawca aktorskich talentów, człowiek, któremu w mijającym stuleciu było dane oglądać największych z wielkich naszego teatru, Adam Grzymała – Siedlecki. I choć w ciągu długiej i przebogatej kariery artystycznej poświęcono jej tysiące sążnistych recenzji, w których niczym refren w jakimś hymnie pochwalnym raz po raz powracają słowa genialna i arcydzieło, choć pod koniec życia stała się niemalże instytucją narodową – nikt chyba trafniej nie wyraził tego, co czyniło ją niezastąpioną i niepowtarzalną w oczach paru pokoleń widzów.
Była – i pozostała aż do późnej starości – jedną z najpopularniejszych osób w Polsce, a to, że zyskawszy tę pozycje w epoce walca i koronkowych parasolek, zachowała ją również w dobie rewolucji seksualnej, gwiazd z silikonowym biustem i dyktatury młodości, każe wierzyć, że istotnie, jak twierdził Boy, należała do tych rzadkich stworzeń, które Pan Bóg zsyła, aby rozjaśniały ten padół głupoty i smutku. Nie darmo przecież z ogólnym aplauzem spotkał się Kazimierz Rudzki, gdy w roku 1960 podczas kolejnego z jej licznych uroczystych jubileuszy wywodził, że pojawienie się Ćwiklińskiej przeczuwano z dawien dawna, skoro od niepamiętnych czasów ma ona w Warszawie swoje ulice – o kimże, bowiem, myślano, jak nie o niej nadając im nazwy Piękna, Dobra, Królewska, Słoneczna i Złota? Na co ktoś z sali zawołał, że spis jest niepełny, bo Ćwiklińska to także Ochota i Wola! Jakby na potwierdzenie tych słów, zaraz po owym jubileuszu, Ćwiklińska ruszyła w wędrówkę po kraju, która stała się ukoronowaniem jej legendy i wniosła do niej akcent nieledwie heroiczny – obsypana wszystkimi możliwymi zaszczytami, dobrze już po osiemdziesiątce, zamiast spocząć na laurach i od czasu do czasu udzielić wywiadu albo pokazać się w telewizji przemierzała Polskę wzdłuż i wszerz z dramatem Drzewa umierają stojąc.
Pokonywała setki kilometrów dziennie, grała w miejscowościach, które trudno odnaleźć na mapie, w ciasnych i dusznych salkach, w dekoracjach montowanych na prędce ze świetlicowych stołów i krzeseł i oświetlonych dwoma przenośnymi reflektorami. Tym sposobem pobiła rekord Ludwika Solskiego, który wprawdzie swoje 99 urodziny świętował na scenie, nigdy jednak, jak się zdaje, nie występował w Strzegomiu ani Gołdapi. Ale też Solski nie pochodził, jak ona, ze starego, szeroko rozgałęzionego rodu aktorskiego, w którym tradycje takich peregrynacji sięgały połowy ubiegłego stulecia, kiedy to rozmaite towarzystwa, czyli zespoły teatralne pod wodzą Anastazego Trapszy, protoplasty rodu, ciągnęły z miasteczka do miasteczka. A na szlaku tych wojaży były, być może, i te, w których po stuleciu entuzjastycznie oklaskiwano Drzewa umierają stojąc.
Słownik biograficzny teatru polskiego wymienia aż dziewięcioro Trapszów, nic więc dziwnego, że mogli oni familijnymi siłami wystawić Zemstę, co uwiecznione zostało w wierszyku ułożonym na fredrowską modłę: O, mój Boże, wyznam śmiele, tyle Trapszów to za wiele. Historycy teatru nie podzielają tego zdania, gdyż wszyscy rzetelnie, a niektórzy nawet chlubnie, zasłużyli się naszej Melpomenie, że jednak afisze roiły się od Trapszów, wnuczka Anastazego (i ostatnia przedstawicielka rodu), aby odróżnić się od rodziców, stryjów, dziadków i ciotek wolała przyjąć na scenie panieńskie nazwisko babki – Ćwiklińska. Trafiła, zresztą, na scenę nie bez perturbacji: aktorstwo to nie był zawód, o którym marzyliby dla niej rodzice ciężko doświadczeni trudami prowincjonalnej tułaczki, toteż siedemnastoletnią pannę, celem zapobieżenia jej teatralnym ciągotom`, natychmiast po ukończeniu pensji zaprowadzono do ołtarza. Sposób okazał się jednak niezbyt skuteczny. Mąż, Zygmunt Bartkiewicz, skądinąd zdolny literat (ma w Warszawie swoją ulice nieopodal Teatru Polskiego), ale nałogowy hulaka i Don Juan, na samo wspomnienie o teatrze krzyczał – zastrzelę jak kaczkę! – i opętany zazdrością groził jej rewolwerem, ona zaś, wedle jego opowieści, obrzucała go kwiatami – tyle, że kwiaty były w doniczkach. Po kilkunastu miesiącach stadło rozpadło się bezpowrotnie, wbrew samobójczym zamiarom męża i ówczesnym przyzwoitym obyczajom. Rozpadły się też dwa jej następne związki – z przemysłowcem, Henrykiem Maderem, a później z Marianem Sztajnbergiem, co ukazuje w pełniejszym świetle charakter pani Mieci (a panią Miecią tytułowali ją wszyscy, nawet ministrowie w oficjalnych listach gratulacyjnych), która choć maniery miała nienaganne, bynajmniej nie była osoba potulną i skłonną do ustępstw. Przeciwnie, odznaczała się żelazną konsekwencją i w każdych okolicznościach umiała postawić na swoim, bez czego zginęłaby marnie w teatrze rządzącym się brutalnymi prawami konkurencji, o jakiej – na szczęście – dziś jeszcze w Polsce nie mamy wyobrażenia.
W grudniu 1960 roku prasa odnotowała jej pierwszy występ w peryferyjnym Teatrze Ludowym u zbiegu ulic Ceglanej i Ciepłej, a już w następnym sezonie tryskająca temperamentem debiutantka znalazła się w doborowym zespole sławnych warszawskich Nowości, a więc na scenie, która w dziedzinie lekkiej muzy rywalizować mogła z Paryżem i Wiedniem. Mało kto wie, że w latach młodości Ćwiklińska brylowała w niezliczonych farsach i wodewilach muzycznych, że była primadonną warszawskiej operetki, że w Hrabim Luksemburga porywająco tańczyła walca na schodach i że odnosiła również sukcesy w operetce drezdeńskiej. Ponieważ to wszystko, co przedsięwzięła, realizowała metodycznie im precyzyjnie, odbyła solidne studia wokalne i jeszcze w okresie swego gwiazdorskiego królowania w Teatrze Narodowym i Polskim ćwiczyła arie z Trawiaty i Cyganerii. Nie iżby hołubiła dawne marzenie o karierze śpiewaczki operowej, ale dlatego, że owe arie traktowała jako dodatkowe ćwiczenia oddechu i głosu. Z pewnością nie była, jak się to dzisiaj określa, pracoholiczką; chciała i umiała korzystać z rozlicznych uroków życia, ale była osoba zdumiewająco pracowitą.
Wystąpiła w dziesiątkach filmów – od komedyjek Czy Lucyna to dziewczyna i Jego ekscelencja subiekt po melodramatyczne Strachy i Granicę.
To się podobno nie zdarza. A jednak jej życiorys na scenie i ekranie jest pasmem sukcesów. Olśniewała kreacjami w repertuarze fredrowskim, ale podnosiła też na wyżyny prawdziwej sztuki różne modne głupstewka, lepsze i gorsze francuskie komedie salonowe, które dzięki jej wirtuozerii nabierały nieoczekiwanego blasku. I tak w jakowymś Prawie pocałunku przyszło jej wcielić się w wyniosłą arystokratkę, absolutnie przekonaną, że ludzie z niższej sfery ulepieni są z gorszej gliny, które to dumne przekonanie zderza się z zuchwalstwem inżyniera z ludu, widzącego w niej seksowną kobietę, a nie pomnik herbowej chwały. Od pierwszej minuty – relacjonuje ten koncert aktorskiego dowcipu Teofil Trzciński – urzekała nieprawdopodobnym komizmem tego nadętego, ale przystojnego dziwadła. Trzeba było usłyszeć tę subtelną gamę osłupienia, oburzenia, potem bezradności, aż do zainteresowania poczynaniami zuchwalca – wszystko opowiedziane tym samym nosowym głosem, mieniącym się jednak coraz nowymi tonami. Gdy wreszcie śmiałek chwycił ją w pół i zamknął usta mocnym pocałunkiem, alarm wołań niby to na pomoc rozpływających się w omdlewającym zachwyci, porwał całą salę do huraganowych braw.
Wcześnie i bez żalu pożegnała się z rolami amantek, choć wiedziano powszechnie, że robiła z mężczyznami, co chciała. Wspomniany tu już Grzymała – Siedlecki, nie tylko znakomity krytyk, ale także autor lubianych k9omedii, szczycił się tym, że jest z pewnością jedynym dramatopisarzem na świecie, którego aktorka poprosiła, aby odtwarzanej przez nią postaci dodał lat. Zrobiła to, oczywiście, Ćwiklińska. Niewysoka, raczej korpulentna, o okrąglutkiej twarzy z zadartym noskiem i słynnymi, czarującymi dołeczkami na policzkach, pobrzydzała się bez najmniejszych oporów, ba, z pasją nawet i upodobaniem, jeśli tylko mogło to dodać barw jej wspaniale modelowanym figurom, z których żadna nie była podobna do poprzedniej, a których długi szereg uświetnia przed- i powojenne dzieje naszego teatru. Mistrzowskie opanowanie mimiki, gestu i spojrzenia, prowadzenie dialogu – nie było superlatywów, którymi nie obdarzaliby jej recenzenci. A publiczność – publiczność po prostu ją kochała. Za Podstoliny w Zemście, za Szambelanową w Panu Jowialskim, za Orgonową w Damach i huzarach, za role w sztukach Zapolskiej, Moliera, Nałkowskiej. A może i nade wszystko za to, że była damą promienną, artystką radosną i radość czyniącą.
Opisywano już gdzieś, jak to w latach siedemdziesiątych z domu przy alei Wyzwolenia wychodziła stara, zmęczona, ociężała kobieta, aby kilkaset kroków dalej, na Marszałkowskiej, objawić się przechodniom uśmiechnięta, wyprostowana, z laseczką, która zdawała się jej służyć wyłącznie ku ozdobie: pani Miecia nie rezygnowała. Z siebie i ze swojej publiczności. Przez lata całe, aż do ostatnich spacerów w Łazienkach, towarzyszył jej okrzyk, który rzucił niegdyś jeden z najgorętszych jej wielbicieli, poeta, Kazimierz Wierzyński: Zdjąć kapelusz, Ćwikła idzie!.
Ta popularność, otaczająca aktorkę już bardzo sędziwą, była zjawiskiem niezwykłym i wolno przypuszczać, że wyrażała się w niej pewna ludzka tęsknota: tęsknota do wzorca osobowości nobliwej, ale nie usztywnionej wzniosłością i powagą, swobodnej i promiennej. Więc warto może o Ćwiklińskiej przypomnieć dziś, gdy bardzo często pieczęć prawdziwej sztuki otrzymuje tylko to, co rozpaczliwe i gorzkie, a przynajmniej pokrętne.

Anna Boska

Dodaj komentarz