Martwa Królewna, czyli krótki rzut oka na Teatr TV sezonu 2003/2004

Wśród znawców sceny coraz częściej daje się słyszeć grzmiące żalem słowa: – Teatr TV umarł! Po tej złowieszczej deklaracji nie ma miejsca na zwyczajowy ciąg dalszy: – Niech żyje Teatr TV! Bo i po co przyglądać się czemuś, co z założenia (modne jest takie gadanie) nic nowego nie powie, nie zrobi, niczego nie pokaże, będzie się taplało w wiecznie tym samym bajorku przekleństw, używało lub nadużywało brukowego języka, chcąc nie chcąc naśladując film, reality show czy teleturniej. Otóż takie i podobne twierdzenia to moim zdaniem ślepa uliczka. Prawda, pewne rzeczy (dramat, poezję, prozę) lubimy dopiero, kiedy się „uleżą, ucukrują”; przedtem śmierdzą, pachnieć zaczynają potem, zwykle po stu latach, gdy trafią do podręczników historii literatury. Czy jednak jest to wystarczający powód, by jednym herostratesowym NIE pogrzebać wiarę w szklaną scenę? Niezupełnie…

W czerwcu 2004 obejrzałem 15 konkursowych spektakli festiwalu „Dwa Teatry – Sopot 2004”. Powiem tak: po pierwszych kilku projekcjach czułem się nijako, trochę smutny, trochę rozczarowany „sumą wszystkich przekleństw”, mocno zmęczony powracaniem tych samych motywów (śmierć, samobójstwo, ludzka głupota, okrucieństwo, upadek wartości, odczłowieczenie, strach, alienacja), zdecydowany, by po takiej dawce odzierania ze złudzeń łapać pociąg i w te pędy wiać do domu. Na szczęście po umownej chwili podjąłem walkę z samym sobą i… przemyślałem sprawę „od podstaw”. Polski Teatr TV, ewenement na skalę światową, nie umarł. Raczej dostosował się do ducha czasów. Czytając codzienną prasę, trafiam na te same wątki: śmierć, samobójstwo, ludzką głupotę itd. Już Szekspir, którego wkładu w rozwój dramaturgii nikt nie podważa, mówił na początku XVII wieku głosem Hamleta: „teatr to streszczona, żywa kronika czasu” (akt II, scena 2). Upierać się przy tym, że Szekspir zwariował, byłoby nieładnie… A tymczasem twórcy szklanej sceny robią jota w jotę to samo – zapamiętują czas.
„Powtórka” Feliksa Falka w reż. Feliksa Falka to smutna opowieść o dalszych losach byłych działaczy Solidarności. Nic nie jest tu wyłącznie czarne lub tylko białe, dominują odcienie szarości, a wraz z nimi – refleksja o tym, że jako ludzie, choćbyśmy mieli najszczytniejsze ze szczytnych ideały, błądzimy. Lubimy kłamać, donosić, tchórzyć, chodzić na ugodę z reżimem, wypierać się siebie. Opozycjoniści, starzy kumple z celi, spotykają się po 20 latach w więzieniu, by pogadać o dawnych czasach. Wielu się dorobiło. Niegdysiejsi intelektualiści z brodą i gitarą, śpiewający Kaczmarskiego czy Gintrowskiego, to dzisiaj ubrani w modne garnitury biznesmeni, właściciele firm, pięknych samochodów i jeszcze piękniejszych żon. Czuć, że ich świat stał się pusty. Że forma zastąpiła treść, a marka modnego krawata wiarę w sens wspólnej walki. Czy jednak kiedyś byli lepsi? Falk serwuje gorzką pigułkę. Na spotkaniu pojawia się nieproszony gość, niegdysiejszy internowany, który rzuca kij w mrowisko, mówiąc, że był w grupie internowanych donosiciel. Tym samym urocza biesiada wspominkowa przeistacza się w sąd skorupkowy. Padają podejrzenie za podejrzeniem, nagle okazuje się, że „przyjaźń” była rodzajem „gęby”, sztucznie doprawioną wartością, która między ludźmi nie ma prawa zaistnieć. Być może donosił, kolaborował Jacek (znakomity Krzysztof Kolberger), po 1990 roku szef ważnej gazety? Może ktoś inny? To nie ma znaczenia. Ważne, że pojawiła się rysa na szkle, a legenda stała się legendką, poszarpaną przez ludzkie ułomności.
Niewiele ciekawszy jest obraz Polski futurystycznej roku 2007, przedstawiony w „19 południku” Juliusza Machulskiego (tekst i reżyseria). Po wyborach prezydenckich do władzy dochodzi koszmarny, prymitywny, posługujący się językiem jegomościa spod budki z piwem populista Bartosz Czop. Nie tylko pluje na historię (stosunek do prezydenta poprzednika, intelektualisty Czechmeszyńskiego – Jan Machulski), również nic sobie nie robi z wszelkich wartości. Kara śmierci? Ależ wprowadzić! Co więcej, zrobić z niej medialny spektakl, egzekucje pokazywać „live” w godzinach najlepszej oglądalności! Przepełnione więzienia? Osadzonych wywieźć busem za miasto i rozstrzelać, zgładzić bombą, a potem zwalić na niefortunny zbieg okoliczności! Kobiety? Do kuchni! Żydy, pedały, Ruskie i Niemcy – do gazu! Człowiek, na kaganiec, żeby był posłuszny jak pies i za bardzo nie mędrkował. Słowem – przestraszyć, uciszyć, usadzić, rządzić i dzielić. Świetny w roli prezydenta chama Andrzej Grabowski ubawił mnie skakaniem po kanapie wespół w zespół z liczącymi się politykami (powiało Gombrowiczem), ale i przeraził, bo przecież takich ludzi już mamy, posiadają oni mandaty poselskie i rosnące poparcie elektoratu. W tym wypadku kronika czasu jest aż nazbyt aktualna…
Mniej wspólnego z Polską i jej historią ma „Martwa Królewna” Nikołaja Kolady w reżyserii Piotra Łazarkiewicza. Wypada pamiętać, że Polska to nie wszystko. Gdzieś obok jest „cały świat”, a ten ma się kiepsko… O ile kiedyś istniały lub starały się istnieć wiara, nadzieja, miłość, teraz – nie ma nic. W ruskiej wiosce żyje Rimma (nagroda za najlepszą rolę kobiecą dla Marii Peszek) – dziewczyna, która jest trzeźwa tylko, kiedy pije. Wrażliwa, niewątpliwie inteligentna (zna na pamięć wiersze Puszkina, w tym ten najważniejszy, o martwej królewnie), z wyglądu bardziej ono niż ona, szalona, trochę kloszardka, a trochę osoba zwyczajnie pozbawiona złudzeń, rządzi w swoim małym, pijackim królestwie. Odwiedzająca ją koleżanka Nina (Maria Seweryn), nie może pojąć, dlaczego ktoś, kto się tak „dobrze” zapowiadał, godzi się na życie w klinice weterynaryjnej niedaleko jednostki wojskowej. Jednak dech zapiera jej dopiero, gdy się okazuje, jak bardzo Rimma kocha „stworzenie”. Człowieka, psa, kota – wszystkie jednako. A ponieważ posiadła coś w rodzaju wglądu w bezsens istnienia, wie, co robić, żeby tę swoją miłość zamanifestować… Otóż tytułowa Martwa Królewna morduje z litości, poraża prądem wszystkich czworonożnych podopiecznych oprócz ukochanego psa. Gdy ten – jedyny dostarczyciel „ludzkiego” ciepła – umiera, zaczyna uśmiercać przedstawicieli gatunku homo sapiens, a na koniec – poraża prądem siebie. Prawda, do ostatniej chwili czeka na Puszkinowskiego królewicza z bajki, który pocałunkiem wyrwie ją ze snu śmierci. Ale czasy królewiczów się skończyły, nie ma nadziei na wyjście z marazmu i niewiary… Rimma ratuje siebie w inny sposób. Na jednej z pijackich nasiadów opowiada przypadkowym gościom swoją historię. Prosi, by ją zapamiętali i przekazywali dalej, każdemu, kogo spotkają… Właśnie: opowiadali historię pewnego bezsensu, jak teatr, który – choć zbrzydł i przypomina Martwą Królewnę – chce mówić. Nie ważne przy tym, czy to, co powie, spodoba się ogółowi. Ważne, żeby historia poszła w świat.
Już w „Martwej Królewnie” smutek jest nie do załagodzenia. Bezsens i nieczułość współczesnego świata widać również w zdobywczyni tegorocznego Grand Prix, spektaklu Sławomira Fabickiego „Łucja i jej dzieci” (autor: Marek Pruchniewski). Ten tekst pojawił się w antologii najnowszego dramatu polskiego „Pokolenie Porno i inne niesmaczne utwory teatralne”. Czy jest niesmaczny, nie wiem. Oszczędny w słowach, bardziej milczeniem niż krzykiem opowiada historię matki, która – zniewolona przez grubiańską teściową – morduje nowonarodzone dzieci. Nie czyjeś, ale swoje własne. Bo co? Bo nie ma pieniędzy, bo wstrętne bachory płaczem zakłócają „święty spokój” wszystkowiedzącej matrony, bo synowa jest głupia suka, a w związku z tym rodzi same durne szczenięta, bo… zabić jest o niebo łatwiej niż wychować. Same rozsądne argumenty nie do odparcia. Gdyby ktoś powiedział, że taki teatr to kpina z najlepszych tradycji, warto przypomnieć, że to nie teatr, lecz życie. Marek Pruchniewski napisał „Łucję” po przeczytaniu reportażu Lidii Ostałowskiej i Wojciecha Cieśli „Worek”, w którym rzecz całą opisano jako autentyczną. Polska bieda, a w niej zagubiona kobieta, mordująca własne potomstwo, bo tak jej kazano. Koszmar.
Krok za krokiem, spektakl za spektaklem, sopocki festiwal rozwijał się w stronę makabrycznego Totentanzu, powtarzając przy zmieniających się dekoracjach te same motywy – śmierć, samobójstwo, ludzka głupota, okrucieństwo, upadek wartości, odczłowieczenie, strach, alienacja… O tym wszystkim był przecież i „Wampir” Wojciecha Tomczyka (reż. Maciej Dejczer) o seryjnym mordercy kobiet, i „Hamlet” Szekspira (reż. Łukasz Barczyk), niby starodawny, ale przecież skórzaną kurtką duńskiego księcia wyraźnie nawiązujący do czasów współczesnych, i „Toksyny” Krzysztofa Bizio (reż. Anna Augustynowicz, ze świetnym Sławomirem Orzechowskim). Niewiele więcej przestrzeni dla nadziei pozostawił „Przypadek Klary” Dei Loher (reż. Magdalena Łazarkiewicz) z Marią Seweryn w roli młodej buntowniczki – eksperymentatorki, która do tego stopnia ma dosyć życia, że – po licznych zakończonych niepowodzeniem próbach dostosowania się – postanawia oddać ciało medycynie. Je jedno można jeszcze kroić i kaleczyć, dusza od dawna jest martwa.
Najlepszym, nagrodzonym wyróżnieniami spektaklem tegorocznego konkursu okazał się dramat Ingmara Villqista „51 minut” (pierwotnie „Bez tytułu”) w reż. Łukasza Barczyka. Jest w nim zarazem potworna alienacja skazanego na śmierć za życia mężczyzny chorego na aids, jest jednak i coś o niebo ważniejszego – miłość. Zobaczyć to uczucie na festiwalu tak bezwzględnie odbierającym nadzieję, to sprawa wyjątkowa. Bohater, Jerg (Adam Woronowicz), w którymś momencie mówi: – Nigdy już nie popełnię żadnego dobrego uczynku. Cóż, śmierć nie ustąpi miejsca czynom. Tak naprawdę mogliby jednak podpisać się pod tymi słowami wszyscy bohaterowie spektakli – Jacek, Czop, Rimma, Hamlet, Klara, Łucja i jej dzieci. Różnica polega na tym, że Jerg, kiedy nie zostało nic oprócz konieczności zejścia ze sceny, spotyka matkę (Stanisława Celińska, w ubiegłym roku w plebiscycie Telemaski otrzymała za tę rolę główną nagrodę). Jest inna niż pozostali – czuje (kocha), płacze, cierpi wyraźnie i bez kokieterii. Szkoda, że nadzieja, coś prawdziwego, wiecznego pojawia się w takim momencie… Teatr TV sezonu 2003/2004 oferuje miłość w kilku jeszcze odsłonach. Po swojemu kocha karykaturalny Albinus Wagner (Jan Peszek) w „Śmiechu w ciemności” Vladimira Nabokova (reż. Filip Bajon). Tyle że jest to miłość w ciasnym gorsecie obyczajowości, bojąca się samej siebie i nieuchronnie prowadząca do zagłady, gdyż obiekt uczucia (tępa dziewucha, Margot Peters – Karolina Gruszka), nie potrafi go docenić. Tak samo niemożliwa, a przez to kończąca się tragedią, jest miłość „Fryzjera” Karola (Krzysztof Pieczyński) ze spektaklu autorstwa Macieja Pieprzycy i Bartosza Kurowskiego. O ile w „Śmiechu w ciemności” ginie kochający, o tyle tu – na śmierć zostaje skazana zbyt mocno kochana.
Tak toczy się światek współczesnego teatru TV. Kiedyś nosił maskę farsy, komedii, tragedii, zawsze jednak pozostawiał miejsce dla nadziei. Dzisiaj mówi nowym językiem, dla wielu niemożliwym do strawienia, cóż dopiero zrozumienia. Stare chińskie porzekadło głosi: „Obyś żył w ciekawych czasach”. Co zastanawiające, kierowano te słowa głownie do wrogów. Nasze czasy są, jakie są, szklana scena przegląda się w nich jak w zwierciadle, a widz – być może to on jest wrogiem, którego trzeba przestrzec przed samym sobą? Czyżby martwa królewna telewizyjnej sceny nawiązała dialog z Łucją i wszystkimi jej dziećmi?

Maciej Misiorny

Dodaj komentarz