Stalowe magnolie

Prawdziwe tłumy najwyraźniej wygłodnialych recenzentów i aktorów pojawiły się na pierwszej w tym sezonie premierze w stołecznej Syrenie, która przygotowała Stalowe magnolie
w reżyserii Wojciecha Malajkata, a z udzialem 6 pań: Krystyny Sienkiewicz, Adrianny Biedrzyńskiej, Joanny Żółkowskiej, Marty Walesiak, Katarzyny Zielińskiej i Jolanty Barbary Żółkowskiej. Myliłby się ten, kto by sądził, ze to sława filmowej wersji sztuki Roberta Harlinga zwabiła tyle znakomitości na premierę. To raczej bakcyl teatru. Po sierpniowym poście do teatru ruszyli tłumnie wszyscy ci, którzy potrzebują pooddychać tzw. atmosferą sceny. W sierpniu pełniejsza piersią oddychała bodaj tylko Anna Retmaniak, ktora dzięki swemu udziałowi w jury festiwalu teatrów ogródkowych obejrzała ich produkcji w ilościach zbliżonych do handlowych.
Czy akurat amerykański melodramat to najlepsza strawa po poście, to rzecz inna. Ale, dodam od razu, Malajkat wypiekł to zaoceaniczne ciasto sprawnie, to nie był zakalec, panie poddały się jego prowadzeniu, a on sam – aktor przecież przedni – najwyraźniej znalazł nić porozumienia z aktorkami.
Największe brawka i szmerki zbierała Krystyna Sienkiewicz, która po rozmaitych antymęskich filipikach powtarzała z niezmienną nostalgią „Ale dziad, jest”, dając do zrozumienia, że i męska połowa ludzkości nie jest bez szans.
Szczególną atrakcja spektaklu była obecność – bodaj pierwszy raz razem – na scenie sióstr Żółkowskich. Joanna to gwiazda pierwszej wielkości, kto wie, czy nie najlepsza dzisiaj polska aktorka komediowa albo charakterystyczna (jak kto woli), w pełni rozkwitu swego talentu. Ale Jolanta Barbara miała mniej szczęścia i okazji, aby dowieść odrębności swego talentu. W pamięci widzów zapisała się jako Basia Lawinówna z „Domu” i ten wizerunek do niej przyległ. W „Syrenie” Jolanta Żółkowska pokazała kreację godną nie tylko zauważenia. Jej delikatny rysunek M’Lynn, matki drżącej o życie swej córki chorej na cukrzycę, nieco „wycofanej”, zamkniętej, na poły zgaszonej, na poły wybuchowej sprawiał mocne wrażenie. Po prostu wzruszał. Ekspansywna Quiser Joanny i wyciszona, delikatna M’Lynn Jolanty Żółkowskiej stanowiły w tym spektaklu świetne kontrapunkty.
A tak na marginesie – pozmieniało się to i owo przez te ostatnie lata w warszawskiej „Syrenie” pod batutą Barbary Borys-Damięckiej. Nie tylko wystrój wraz z nowoczesnym wyciągiem wózków inwalidzkich. Także tzw. podejście do widza.

Dodaj komentarz