Klimatyzacja

W warszawskim Teatrze na Woli uroczyście obchodzono 2 rocznicę „nieuruchomienia” klimatyzacji. Już trzeci rok ślimaczy się sprawa tej nieszczęsnej klimatyzacji. Choć wszelkie decyzje zapadły, procedury ciągną się w nieskończoność. A tymczasem publiczność na przedstawieniach kona. Tak tedy, jeśli stan rzeczy nie ulegnie zmianie, dyrektor Bogdan Augustyniak solennie obiecał, że teatr przeniesie w roku następnym Przegląd Komedii Lata na okres zimowy. Tymczasem kolejny przegląd mamy za sobą, co w wysuszonej teatralnie stolicy było niemal jedynym śladem, że to miasto teatrem słynące (tę zapomnianą idejkę przypominali także organizatorzy festiwalu teatrów ogródkowych). Publiczność złakniona humoru przybyła licznie, osobliwie na programy kabaretowe, będące ramą przeglądu: inauguracyjny Mumio i kończący imprezę one man show Steffena Moellera. W programie rej wiodły spektakle łatwe i przyjemne, choć znalazł się tez rodzynek, o którym warto zdanie zapisać – mam na myśli spektakl dyplomowy wydziału estradowego PWST z Krakowa, czyli Zieloną Gęś według mistrza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.
Przygotowany pod kierunkiem profesor Marty Stebnickiej, był żywym świadectwem obecności Poety, jego specyficznego humoru i poetyki w myśleniu kolejnej generacji. To doprawdy prawdziwy fenomen, ta łatwość nawiązywania kontaktu z absurdalno-liryczną wyobraźnią poety cygana. A przecież na tej samej scenie byliśmy niedawno świadkami podobnie udanego, choć zrealizowanego innymi środkami dowodu „łączności” ponad pokoleniami w spektaklu Jerzego Satanowskiego Ulica szarlatanów (w ramach nadscenki Biała Lokomotywa).
Dobrze więc, że Teatr na Woli, mimo klimatyzacyjnej mordęgi, nie ustaje w firmowych przedsięwzięciach. Ale tymczasem, wraz ze schyłkiem sierpnia, powoli rozkręca się teatralna maszyna stolicy. Pierwszy ruszył Powszechny, który, na szczęście, kłopotów z klimatyzacją nie ma, osobliwie na małej scenie – tam nawet trzeba uważać w czasie największych upałów, klimatyzacja działa tak silnie, że można się zaziębić. Chyba że kogoś rozgrzeją spektakle. A rozgrzać mogą, w szczególności ostatnie premiery poprzedniego sezonu, o których nie zdążyłem wcześniej napisać, a teraz z przyjemnością donoszę, że wracają na afisz.
Mam na myśli Glengory Glen Ross Davida Mameta w reżyserii Tadeusza Bradeckiego oraz Powrót na pustynię Bernada-Marie Koltèsa zrealizowany przez Annę Augustynowicz. Niemal wszystko te sztuki dzieli – poza sceną, na której zostały teraz przedstawione, i pasją poszukiwania odrębnego języka, mającego być precyzyjnym narzędziem analizy rzeczywistości.
Sztuka Mameta, rozsławiona ekranizacją Jamesa Foleya na podstawie scenariusza autora dramatu z udziałem samego Jacka Lemona, w sposób szczególny rymuje się z niedawną realizacją Śmierci komiwojażera (Teatr Mały, w reż. Kazimierza Kutza) – niektórzy nawet widzą w Glengory swoiste potomstwo dzieła Millera, obaj pisarze bowiem z energią dopytują o sens życia w warunkach żywiołowego rozkwitu konkurencji kapitalistycznej, obaj tez pokazują klęskę tych, którzy odpadają z wszechobecnego wyścigu szczurów. Przy czym Mamet do „etyki” komiwojażera-akwizytora-agenta dorzuca świadome wprowadzanie klienta w błąd, manipulowanie jego psychiką i emocjami, a wszystko po to, by kwitła firma i rosły punkty przyznawane przez zwierzchników z a osiągnięcia w sprzedaży. Mamet potrafił ukazać rozdarcie moralne człowieka, który sam stojąc na brzegu przepaści, usiłują wciągnąć w otchłań innych – Lemon uosabiał ten dramat w sposób niedościgniony. W Powszechnym (w tej roli Zbigniew Zapasiewicz) nie wypadło to już tak wiarygodnie i przekonująco, choć sztuka jest warta grzechu, bo przecież porusza, a galeria postaci (rozmaite odcienie postawy agenta gotowego „na wszystko”) budzi zainteresowanie. Zaskakująco skomplikowaną postać Arronowa, akwizytora, któremu się nie wiedzie, a nie posiadłszy zdolności empatii daje się wciągać w podejrzane intrygi stworzył Kazimierz Kaczor, portretując człowieka zderzonego z rzeczywistością, która go przerasta. Tak więc mimo upływu ponad 20 lat od prapremiery sztuka okazuje się zaskakująco świeża i aktualna, może dodatkowo przez kontekst – pokazywana w Polsce, gdzie proces powtórnej kapitalizacji przebiega tak gwałtownie.
Podobnie  – choć z innych powodów – rzecz się ma ze sztuką Koltèsa, w której autor z miksował odwieczne konflikty w rodzeństwie (walka o dominację) z szerszym tłem konfrontacji kultur Wschodu i  Zachodu – tu reprezentowanych przez Arabów i Francuzów. Nie trzeba nikogo przekonywać, że ten ostatni temat zaktualizował się ostatnio szczególnie wyraziście. Niezależnie jednak od problematyki inscenizacja Augustynowicz przynosi odkrywcze potraktowanie formy dramatu, bardzo teatralne, umowne, odległe od serialowego wzorca. Na małej scenie Powszechnego trwa tedy pokaz niemal przeciwstawnych sposobów teatralizacji: w Glengory mamy do czynienia z zagęszczeniem rzeczywistości (pozorny naturalizm gry unieważniany jest przez nadmiar, „rwany” dialog i kontrapunkty), w Powrocie na pustynię z poetyzacją świata (skrótowe sytuacje i zachowania nietypowe dla świata realnego prześwieca psychodrama). To ciekawe i poniekąd zaskakujące w teatrze uchodzącym za ostoję „konserwy”. Cóż, pochopnym ocenom także przydałaby się klimatyzacja…

Dodaj komentarz